Ostatnimi czasy chiński rząd mocno zaostrzył ograniczenia w stosunku do gier. Boleśnie odczuły to czołowe firmy zajmujące się produkcją i dystrybucją gier na tamtejszym rynku. Czy to początek końca chińskiego rynku elektronicznej rozrywki?

Zaciskanie kontroli 

Chiński rynek to ponad 720 mln potencjalnych odbiorców gier cyfrowych w różnej formie. To dwa razy więcej niż rynek w USA. Nic dziwnego, że gry trafiają tam na podatny grunt. W Chinach dominują głównie produkcje F2P, a to oznacza masę nieletnich odbiorców, którzy zważywszy na brak funduszy, wybierają darmowe produkcje. I to jest ogromną kością niezgody pomiędzy producentami wspomnianych gier a chińskim rządem, czyli wiek grających. W ostatnim czasie władza mocno przypomniała firmom, że muszą ograniczyć czas gry dla dzieci poniżej 18 roku życia. Zgodnie z zasadami ogłoszonymi w sierpniu, dzieciom nie wolno grać w gry online dłużej niż 3 godziny tygodniowo – i tylko w określonych godzinach i dniach. Wszystko dlatego, że chiński rząd od dawna niepokoi się wpływem gier na zdrowie fizyczne i psychiczne dzieci.

Wymóg ten kontrolowany jest poprzez specjalne oprogramowanie oraz za pomocą specjalnego kodu, który jest przypisywany każdemu obywatelowi Chin. Już teraz jednak sprytni gracze znaleźli prosty sposób na obchodzenie tych regulacji. Nie mówią one, że np. rodzic nie może założyć konta dziecku na swoje dane, albowiem osoby, które ukończyły 18 lat, nie mają żadnych ograniczeń w kwestii grania. Alternatywą jest „wynajem kont” za pośrednictwem różnych platform e-commerce. Co prawda producenci gier walczą z tym procederem i nakazują wspomnianym serwisom usuwanie tych aukcji, jednakże to walka z wiatrakami — na każdą usuniętą ofertę, pojawia się nowa w innym serwisie.

Zaproszenie na dywanik

To nie koniec problemów chińskich dystrybutorów gier cyfrowych. Według doniesień medialnych przedstawiciele poszczególnych firm zostali zaproszeni na spotkanie z przedstawicielami władzy. Rząd chciał przekazać korporacjom, że „branża gier nie powinna skupiać się wyłącznie na zysku, ale powinna również koncentrować się na ochronie nieletnich”. Wojny z Chinami najbardziej boi się Tencent, bo jest czołowym liderem chińskiego rynku.

W czerwcu bieżącego roku ponad jedna trzecia przychodów z 10 najlepszych gier pochodziła z Honor of Kings i innego tytułu Tencentu, jak chociażby mobilna wersja PlayerUnknown’s Battlegrounds. Po jasnym komunikacie ze strony władzy zarówno Tencent, jak i NetEase wprowadziły pewne zabezpieczenia dla młodszych graczy, w tym funkcję rozpoznawania twarzy Tencent na smartfonach, aby upewnić się, że gracz logujący się do gry, faktycznie jest dorosły. Co więcej, firma posunęła się nawet do zaproponowania całkowitego zakazu grania dla osób poniżej 12 roku życia.

Koniec pewnej epoki?

Przez ostatnie lata większość dużych firm z zachodu z sektora gier cyfrowych inwestowały w chiński rynek. Activision Blizzard, Ubisoft czy Valve liczyły na spore zyski z tego mocno zamkniętego, ale niezwykle bogatego rynku. I wydawało się, że władza w Pekinie coraz przychylniej patrzy na potencjalne korzyści z kolejnych firm, które napędzały chińską gospodarkę w sektorze rozrywkowym. Jednakże to nie jest tak, że Chiny skupiły się tylko na grach. Wygląda na to, że partia ma zamiar kontrolować cały sektor technologiczny. Tencent, Meituan czy Didi Chuxing obecnie mają spore trudności z utrzymaniem inwestorów.

Chiny, choć w pewien sposób „romansują” z gospodarką kapitalistyczną, to wciąż są krajem, który nad wszystko stawia kontrolę. Nie dziwi zatem reakcja na wielomiliardowe zyski firm, które działają w strefie prywatnej. Przy okazji urzędnicy znajdują wygodne uargumentowanie swoich działań pod hasłem „ochrony dzieci i młodzieży”. Jednakże czy na pewno gry cyfrowe nie stanowią problemu? Jak się okazuje, tamtejsi nieletni mają dużą tendencję do uzależniania się od gier.

Mobile Legends: Bang Bang czyli chińska wersja League of Legends

Według raportu Beijing Youth Legal Aid and Research Centre ponad 90 proc. nieletnich z problemami uzależnienia od gier to chłopcy. Większość przypadków, bo ponad 70 proc. pochodzi z rodzin robotniczych, które zwykle nie mają zbyt wysokich dochodów. Najpewniej dla dzieci z tych rodzin darmowe produkcje to jedyna forma rozrywki, na jaką mogą sobie pozwolić, zważywszy, że smartfony czy tablety nie należą do najdroższych rzeczy w Chinach.

Poniekąd chiński rząd ma więc dobrą linię do dyktowania warunków w „trosce o obywateli”. Jednakże nowe regulacje oraz walka z korporacjami technologicznymi sprawia, że inwestorzy nie chcą ryzykować, co odbija się na giełdzie. Na początku września Tencent na giełdzie w Hongkongu stracił aż 8,48 proc. wartości akcji, podczas gdy NetEase spadł o 11 proc.

Jednakże nie ważne, jakie są pobudki rządu, pewne jest, że obecne działania mocno odbiją się na chińskim rynku. I najpewniej na tym zachodnim, biorąc pod uwagę, że chińskie giganty technologicznie nie lada pieniędzy wtłoczyły w duże zachodnie firmy. Dla graczy jest to niezbyt pozytywna sytuacja, a dla inwestorów wręcz katastroficzna. Pozostaje poczekać na kolejne ruchy ze strony chińskiego rządu, jednakże wątpliwe, aby odpuścił on sektorowi technologicznemu.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments